My z Warszawy

SŁABOŚĆ SILNĄ STRONĄ

Słabość Bliklów do sztuki okazywała się nie­raz silną stroną firmy. Zresztą pod tym względem cukiernicy warszawscy nie byli niczym wyjątko­wym — kultura stolicy niemało zawdzięcza swoim światłym szewcom, kupcom i pigularzom. Tylko część wybitnych gości odwiedzała cukiernię Bliklego, kierując się maksymą J. J. Rousseau: „Nie masz szczęśliwszego nad łakomczucha”, większość ich podzielała raczej złotą myśl Henri Estienne’a: „Ła­komczuchy wykopują grób własnymi zębami”. Choć niejeden lubił umaczać wąsy w śmietankowym kremie, przychodzili do cukierni przeważnie dla celów poza- kulinarnych.Ignacy Baliński pisze: „Kiedy wieczorem w dniu Nowego Roku 1919 powitałem Ignacego Paderewskie­go w imieniu Warszawy na dworcu, wypadło mi wsiąść do otwartego powozu, odwożącego go wraz z żoną wśród tysięcznych tłumów do hotelu Bristol.

LICZNA GROMADA

  1. Liczna gromada włościan wilanowskich w swych od­świętnych granatowych sukmanach wyprzęgła konie i pociągnęła powóz. Koło cukierni Bliklego Paderew­ski pokazał ją żonie, mówiąc: — Tu zwykle zachodzi­łem z konserwatorium i kilka razy grałem”.Zaczęło się wszystko od aktorskiej giełdy. Waydel Dmochowska wspomina: „Widywałam wówczas przez okno wygolone twarze. Wiedziałam, że są to aktorzy, poznawało się ich po tym nieomylnie, gdyż prawie wszyscy panowie nosili wówczas zarost, brody, fawo­ryty, baczki lub co najmniej wąsy… Wytłumaczono mi, że schodzą się tu przeważnie artyści poszukujący engagement, często przyjezdni z prowincji. Snadź mieli dużo czasu, zasiadywali się godzinami, czytali gazety obsadzone na długich kijach, dyskutowali z ożywieniem i wyrazistą gestykulacją.

Z SENSTYMENTEM

Na giełdzie aktorskiej bywali również dyrektorzy teatrów, tu pod­pisywano kontrakty, pobierano a conta”.Smutek na twarzach jednych, uśmiech na drugich, lęk przed niepewnym jutrem i jaśniejsze nadzieje. Przechodzień widział nieraz za szybą charakterystycz­ne twarze tych ludzi. Niejeden wspomina je z senty­mentem” pisze Jerzy Szaniawski.Stefan Jaracz, jedna z największych indywidualno­ści polskiego teatru ostatniego stulecia, mówi o cu­kierni Bliklego jako o „słynnej giełdzie aktorskiej, przez którą przechodziło wszystko, co potem błysz­czało na pierwszej scenie polskiej”, choć wypowiada także kilka gorzkich słów o smutnym losie najbied­niejszych aktorów.


 

WSZYSCY WSPOMINAJĄ

  1. Wszyscy  od Kraushara i Gomulickiego do Grzymały-Siedleckiego, Wroczyńskiego, Zelwerowicza i Filiera — w swych książkach wspominają Bliklow- ską cukiernię i jej znaczenie w życiu obyczajowo- -kułturalnym stolicy. Wszystkie te wspomnienia do­tyczą pierwszego etapu istnienia placówki, to znaczy do czasu jej przebudowy przez Antoniego Wiesława. Przebudowy, po której — jak powiada stary aktor Klemens Roman — „artyści zmykali jak szczury z to­nącego statku”. Klemens Roman pamięta doskonale tamte czasy: „Lokal cukierni podzielony był na trzy części. Pokój bezpośrednio od wejścia był przeznaczony specjalnie dla dyrektorów teatrów prowincjonalnych. Już od wczesnego ranka dyrektorzy przesiadywali w lokalu, lustrując kandydatów do swoich teatrów na sezon zimowy.

KOLEDZY-AKTORZY

  1. Młodzi aktorzy lokowali się w drugim po­koju od frontu. Był jeszcze pokój bilardowy — tam również przesiadywaliśmy dla zasięgnięcia pewnych informacji, dotyczących dyrektorów… Pokój, w któ­rym siadywaliśmy, był wypełniony do ostatniego miejsca, jak na jakimś występie sławnej gwiazdy ka­baretowej. Ci biedni koledzy-aktorzy, którzy siedzieli całymi dniami, nie mając kopiejki w kieszeni. Do po­koju zachodził od czasu do czasu starszy pan kelner o twarzy dobrodusznej, Hieronim, który patrzył swy­mi niebieskimi oczami z dziwną jakąś czułością na biedaków aktorów… uśmiechając się podchodził do każdego z osobna i rozdzielał kawę z ciastkami..

LOKAL REPREZENTACYJNY

  1. Nie znałem tego zwyczaju, zapytałem więc Hieronima, co to znaczy: «Mam polecenie od pana Bliklego, żeby was wspomagać do czasu engagementu»… Często po­życzał z własnej kiesy. I tak trwało, dopóki pewnego dnia nie zaczęto przebudowy, przekształcając cukier­nię w lokal reprezentacyjny z szatnią i innymi szyka­nami”. W tym pierwszym okresie odwiedzali także lokal znakomici ludzie stołecznego miasta. Klemens Roman wymienia Tetmajera, Franca Fiszera, malarzy: Cheł­mońskiego, Fałata, Kostrzewskiego, Lasockiego, akto­rów: Żółkowskiego, Jaracza, Leszczyńskiego, Owerłłę, Siemaszkową. Jak już wiadomo, bywał tam nawet wielki Paderewski (cytowane na wstępie jego słowa: „kilka razy grałem”, oznaczają nie jakieś koncerty, tylko dorywczą grę młodego muzyka na stojącym w cukierni pianinie).

Z SZATNIĄ I SZYNKAMI

  1. A działo się to wszystko w czasach, gdy warsza­wianki nosiły tiurniury, na których można było po­stawić filiżankę kawy, a pod oknami cukien:i prze­jeżdżały ciągnięto końmi żółte omnibusy, zwane „ka­narkami”; mieściły dwunastu pasażerów, których przewoziły za 10 groszy z placu Zamkowego na plac Trzech Krzyży. Działo się to także później, ‚kiedy cy­wilizacja wtargnęła w te strony i Nowikiem ruszyły prawdziwe konne tramwaje. W 1044 roku spłonął obraz pędzla Czesława Tań­skiego, przedstawiający wnętrze ubiegłowiecznej se­cesyjnej cukierni, i tylko nieliczne wspomnienia po­zwalają odtworzyć dzisiaj kształt lokalu. W Warsza­wie nie ma już prawie śladu owej wszechpotężnej se­cesji, która przez dziesiątki lat wypełniała każdą szczelinę miasta; coś z atmosfery i ducha tamtych lat można jeszcze pochwycić w aptece na rogu Nowego Światu i Smolnej.

SZCZEGÓLNY KLIMAT STAREJ CUKIERNI

Co decydowało o szczególnym klimacie starej cu­kierni? Stoliki o czarnych marmurowych blatach (pierwotne białe blaty, porysowaneprzez klientów, zmieniono na czarne), gięte krzesła i kanapki pokryte pluszem bordo? Duże lustra w złoconych ramach czy sufit w wymyślne  płaskorzeźby? Może ciężki bufet z białym marmurem, na którym stały patery z ciast­kami i słoje z malinowymi i ślazowymi karmelkami? A może szafa z zegarem, pełna szuflad z sucharami i herbatnikami, a także bombonier wymoszczonych atłasem? Za późno na ustalenie, co stanowiło o cha­rakterze lokalu. Na pewno nie bez znaczenia była kasa, przy której urzędowała czujna pani Blikle, zaw­sze — ze względu na niski wzrost — siadająca na pod­winiętej nodze. 

DUŻO WYSIŁKU

  1. Pod wieczór wszystko to ogarniał ciepły blask ga­zowych lamp… No tak, lecz oto pewnego dnia — w początkach lat dwudziestych naszego już stulecia — przytulna cukierenka przekształciła się w lokal na wysoki połysk, „z szatnią i szykanami”. Koronny okaz secesji, bufet, został unowocześniony, częściowo od­izolowany szkłem. Zamiast szafy zjawiły się kosztow­ne, pokryte złotymi motywami tapety od Franaszka. W miejsce gazowych lamp zawisły u sufitów kryszta­łowe żyrandole od Braci Łopieńskich. Wcześniej już zniknęły bilardy, wieszaki. Dużo rzetelnego wysiłku włożył Antoni Wiesław, czyli Blikle II, w te zasad­nicze zmiany, lecz podejrzawamy, iż ducha „sklepu z myszKą” nie udało mu się wypędzić. 

COŚ Z ATMOSFERY GIEŁDY

  1. Coś z atmosfery giełdy aktorskiej przeniknęło do drugiego wcielenia cukierni, coś zapewne przeminęło bezpowrotnie. Z biegiem lat uformowała się nowa pu­bliczność lokalu. Kawiarnia Bliklego była przecież (obok Lourse’a i Semadeniego) ulubionym miejscem spotkań elity artystycznej miasta. Siadywali tu mu­zycy: Żurawlew, Michałowski, Bacewicz, Statkowski, Sygietyński, Urstein, dyrektorzy Filharmonii: Melcer i Młynarski. Do stałych gości zaliczali się: Zapolska, Sienkiewicz, Reymont, Żeromski, Boy. Swój stolik miał znany publicysta-dziennikarz Kazimierz Jani­kowski. Tu zbierali się numizmatycy. Przychodzili stale aktorzy: Frenkiel, Leszczyński, Solski, Zelwero­wicz, Osterwa, Redo, Fertner, rzeźbiarze Dunikowski i Szczepkowski, profesorowie wyższych uczelni.